Przygotowania do praktyk pełną parą!

xxx

Gdyby Liam wiedział, że noc z trzydziestego pierwszego października na pierwszego listopada roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego okaże się tak szczególna, z pewnością odziałby się w coś bardziej wytwornego niż stare, zszarzałe gacie, które w żadnej mierze nie oddawały dostojności jego pośladków. Być może śniłby o czymś wznioślejszym niż odkrywanie nie takich znowu sekretnych sekretów ciała zacnej i krasnej Gladys Armstrong, która w tym samym czasie dręczyła w snach dobrą dziesiątkę innych samców. Może nawet nie zadałby sobie trudu przyswojenia przed snem trzech kolejnych rozdziałów z podręcznika do transmutacji dla zaawansowanych, który obecnie walał się po podłodze z bezdusznie zagiętą stroną czterdziestą czwartą. Gdyby wiedział, że w ogóle zdarzy się taka noc, prawdopodobnie wszystkie poprzednie noce przespałby dużo spokojniej – bez tego nieznośnego ucisku w żołądku, który wzmagał bezsenność jak głód, a który mądrzy ludzie nazwali lękiem egzystencjonalnym, bo nie pomagała na to żadna znana forma jedzenia, nawet czekolada.
Noc z trzydziestego pierwszego października na pierwszego listopada była jednak nocą z pozoru bardzo zwyczajną i nic, absolutnie nic nie wskazywało na to, że stanie się cokolwiek godnego odnotowania w kronikach historycznych. Gwiazdy świeciły jakoś blado i niechętnie, a księżyc bez entuzjazmu emanował skradzionym blaskiem, co chwila przysłaniany przez chmury, których o tej porze roku było przygnębiająco dużo. Trochę padało, trochę wiało – noc, jak każda inna jesienna noc, można by rzec. Nic specjalnego nie działo się także w Wieży Zachodniej, była to bowiem pora zbyt późna, aby jeszcze się uczyć, a zbyt wczesna, żeby już się uczyć.
Liam mruknął przez sen, że miotła wbija mu się w żebra i z ciężkim westchnieniem przewrócił się na drugi bok. W ich  dormitorium panował nieprzeciętny, nadnaturalny wręcz syf, który żadnym sposobem nie dawał się ogarnąć nawet najbardziej zaprawionym w bojach skrzatom. W kuchni opowiadano straszne historie o tym miejscu – miejscu, w którym znikały harmonia, prawa logiki i wszelki zdrowy rozsądek, a także niegrzeczne małe skrzaciątka, jeśli niezbyt starannie polerowały srebra. Tej wyjątkowej, pochmurnej nocy burdel ów w tak słabym świetle zdawał się być jednak tłem niemal poetyckim – refleksy prześlizgiwały się wdzięcznie po błękitnych, wzorzystych tapetach, omijając szerokim łukiem wypaloną przy drzwiach dziurę, która powstała w tak tajemniczych okolicznościach, że nikt tak naprawdę nie wiedział, skąd się tam wzięła; nieśmiało padały na rozrzucone wszędzie pergaminy i połamane pióra, piętrzące się na stoliku książki, stare listy i ledwo rozpoczęte wypracowania. W najdalszym kącie, gdzie promienie już nie docierały, niepokojąco bulgotała zawartość małego kociołka, od czasu do czasu wypuszczając obłoki krwistego dymu. Obok leżały Azjatyckie antidota przeciw truciznom, otwarte na stronie pięćsetnej, przywalone zostały jednak stertą prasy, wśród której wyraźnie odznaczało się najnowsze wydanie Proroka Codziennego – na pierwszej stronie donoszono o przemarszu olbrzymów, podczas którego jakaś mała, mugolska wioska została zmieciona z powierzchni ziemi, niżej znajdowało się zdjęcie pani minister prowadzącej się pod rękę z panem Crouchem, a na samym dole jak zwykle podawano wraz z krótkimi notkami nazwiska osób zaginionych, cudownie odnalezionych, a także zwyczajnie martwych. Na ścianie przyklejone zostały wycinki najciekawszych artykułów z Horyzontu Zaklęć i Eliksirotwórstwa praktycznego, czasopism dla ludzi o szerokich horyzontach i stosunkowo niewymagającym życiu towarzyskim. Podłoga przypominała z kolei pole minowe – usiana była skarpetkami, składnikami eliksirów, resztkami jedzenia i innymi, trudniejszymi do weryfikacji obiektami, z żyrandola zwisał natomiast proporczyk w barwach Pustułek z Kenmare.
Wśród tych wzruszających dekoracji znajdowały się trzy jednakowe łóżka z ciemnego drewna, a na nich trzy ciała różnego rozmiaru i fasonu. Najlichsze z nich, rude i angielskie, spoczywało pod oknem, obejmując czule pierwsze wydanie Najsilniejszych eliksirów, obok wiercił się korpus irlandzki, zmagający się okrutnie z lękami egzystencjonalnymi, a jeszcze dalej, niemal przy samej ścianie, spoczywał trzeci lokator, dla odmiany zupełnie beztroski i pozbawiony jakichkolwiek ludzkich niepokojów. Cała trójka spała snem mocnym i głębokim, niemiłosiernie obżarli się bowiem na uczcie z okazji Nocy Duchów. Wydawać by się mogło, że nic nie jest w stanie ich obudzić, naraz wydarzyło się jednak coś, co zbudziłoby nawet umarłego – w jednej chwili rozległ się szkolny dzwonek, w drugiej wcale nieproszony o to żyrandol zapłonął jasnym światłem, a na końcu jakaś niepojęta siła rozsadziła kociołek, ochlapując jego zawartością wszystko dookoła.
Zapanował chaos. Liam został wyrwany ze swojego cudownego snu tak gwałtownie, że wyskoczył z łóżka jak z procy i w odruchu całkowicie bezwarunkowym wydarł się, że to nie jego wina. Percival Bagnold zerwał się na równe nogi, ślepy jak kret bez swoich okularów, gotów jednak bronić Najsilniejszych eliksirów do ostatniej kropli krwi. Aiden Lynch z kolei zaplątał się w swoją pościel i runął na podłogę.
– Czy wy się, kurwa, dobrze czujecie? – warknął ten ostatni, kiedy w końcu udało mu się ściągnąć kołdrę z głowy i ogarnąć spojrzeniem ogrom zniszczeń. Dziwna, kleista substancja barwy gryfońskiego szkarłatu, która w założeniu miała być skutecznym antidotum przeciwko jakiejś chińskiej truciźnie, została majestatycznie rozbryzgana na ścianach, suficie i podłodze, częściowo pokrywając także i szukającego Ravenclawu, przez co wyglądał jakby własnoręcznie zarżnął przed chwilą jakieś duże zwierzę. – Ja pierdoooolę!
– Wyrażaj się – upomniał go zimno Percival Bagnold, posyłając mu piorunujące spojrzenie. Miał już na nosie swoje ogromne okulary, w ręce trzymał różdżkę – był gotowy do ratowania świata. Mógłby nawet budzić pewien respekt, gdyby nie to, że był rudy. – Uszy mi więdną od tego twojego rynsztokowego słownictwa. Chłoczyść!
Podejrzana substancja zniknęła w mgnieniu oka, odsłaniając zwyczajny burdel, jaki panował w ich dormitorium. Lynch już otwierał usta, żeby jakoś się odgryźć, ale wtedy właśnie dzwonek umilkł niespodziewanie, a zaraz potem rozległ się magicznie zwielokrotniony głos profesora Flitwicka.
– Khem, khem… Wszyscy uczniowie proszeni są o stawienie się w Wielkiej Sali! Uprasza się prefektów o zaprowadzenie porządku. Powtarzam: wszyscy, bezwzględnie wszyscy uczniowie proszeni są o niezwłoczne stawienie się w Wielkiej Sali.
Zapadła ciężka, grobowa wręcz cisza. Żaden z nich nie poruszył się, z napięciem oczekując na ciąg dalszy komunikatu, ten jednak nie nastąpił – słychać było tylko narastający z każdą chwilą hałas, jaki czynili uczniowie w pozostałych dormitoriach. Liam przymknął oczy w nadziei, że dalej śni, ale kiedy je otworzył, wciąż widział tylko pobladłą ze strachu twarz Percy’ego, który nie był w stanie wydobyć z siebie słowa. Wiedzieli, zwyczajnie mieli tę niezłomną pewność, że zdarzyło się coś złego, coś naprawdę tragicznego – coś o wiele gorszego od wszystkiego, co zdarzyło się dotychczas, a przecież nie było dnia, żeby nie donoszono o nowych mordach, porwaniach i zniszczeniach, opiekunowie wciąż wpadali na lekcje i prosili kogoś na rozmowę, a potem były już tylko krzyki i szlochy nad owsianką, i współczujące spojrzenia, i te brzydkie myśli, jak to dobrze, że spotkało to kogoś innego, a nie mnie. Nigdy dotąd nie wyciągano ich jednak z łóżek w środku nocy, przynajmniej nie wszystkich naraz – musiało stać się coś, co było nie tylko potworne, ale i dotyczyło wszystkich uczniów bez wyjątku. Liam wiedział, co takiego mogło się wydarzyć, a kiedy spojrzał w błękitne oczy Percy’ego zyskał pewność, że myślą o tym samym.
Aiden po raz pierwszy w życiu nie mógł znaleźć słów. Spojrzał bezradnie na Liama, a potem odwrócił się zmieszany w poszukiwaniu swetra, spodni albo różdżki, byle tylko nie patrzeć na rudego.
– Musimy iść – rzucił Bagnold w przestrzeń, nie ruszył się jednak z miejsca. Był jak sparaliżowany. Gapił się w jakiś punkt na przeciwległej ścianie i tylko bezwiednie zaciskał dłonie w pięści, próbując opanować drżenie rąk, a przecież był prefektem i oczekiwano od niego, że zapanuje nad przerażonymi dzieciakami, które zapewne stłoczyły się już w pokoju wspólnym.
– Percy, cokolwiek się stało, na pewno nie dotyczy to twojej matki – odezwał się Liam niespodziewanie, niespodziewanie nawet dla samego siebie, z pewnością, jakiej nie miał ani nawet nie mógł mieć, choć bardzo by chciał. – Wiedzielibyście o tym pierwsi.
Rudy zamrugał i spojrzał na niego bez przekonania – bo czy naprawdę ktokolwiek pomyślałby o uczuciach dwójki dzieciaków w sytuacji, gdyby nagle zabrakło najważniejszej osoby w państwie? – po chwili skinął jednak głową i obrócił się, żeby założyć buty. Liam wciągnął na siebie brzydki, wełniany sweter w renifery, którego nigdy nie nosił publicznie.
Kiedy znaleźli się w końcu w pokoju wspólnym, panował tam już solidny tłok. Jeszcze nigdy nie przebywało tam aż tylu uczniów jednocześnie. Wyglądało to na największe w historii pidżama party, ale atmosfera była ciężka i nikt nie rozdawał domowej roboty ciasteczek – wszyscy zebrani milczeli posępnie, gapiąc się bezmyślnie to w sufit, to w podłogę, a jeśli już któryś z uczniów odważył się odezwać, to tylko szeptem, jakby obok znajdował się ktoś śmiertelnie chory.
– Aiden, boję się – pisnęła cienko Astoria, która pojawiła się nagle, niewiadomo skąd i niewiadomo kiedy, przyklejając się do ramienia zaskoczonego tym nagłym wybuchem uczuć brata. – Penelopa mówi, że musiało stać się coś złego, skoro obudzili nas w środku nocy.
Była dość wysoka jak na trzynaście wiosen, ale jej stalowoszare oczy – te same, które miał Aiden, oczy ich matki – teraz duże i okrągłe ze strachu, sprawiały, że wyglądała na młodszą. Liamowi nieznośnie wręcz przypominała jego własną siostrę, nie było to jednak skojarzenie z rodzaju tych radosnych. Lean nienawidziła swojego starszego brata i nie było w tym stwierdzeniu żadnej przesady, Liam sam siebie nienawidził, kiedy myślał o tym, jaki bywał dla niej okrutny. Bardzo starał się o tym w ogóle nie myśleć, czuł jednak bolesny chłód w okolicach serca, kiedy patrzył jak Lynch obejmuje siostrę i z niezwykłą jak na niego czułością głaszcze ją po włosach, mówiąc jednocześnie:
– Penelopa to głupia gęś, nie powinnaś jej słuchać.
Był naprawdę niesamowitym kłamcą. Nawet powieka mu nie drgnęła, gdy zapewniał siostrę, że nic takiego się nie dzieje i najpewniej chodzi o to, że zjedli za mało podczas uczty i skrzaty poczuły się urażone, więc wszyscy bez wyjątku muszą wrócić i wpakować w siebie jeszcze trochę puddingu, inaczej nastąpi strajk generalny. Liam musiał z ręką na sercu przysięgać, że coś takiego już się kiedyś wydarzyło, ale nawet wtedy Astoria nie chciała im wierzyć – była zdecydowanie zbyt duża, żeby dać się nabrać na takie banialuki, ale przynajmniej jej myśli przez moment nie krążyły wokół okropności, jakie musiały się wydarzyć, że wyciągnięto ich z łóżek o tak skandalicznej porze.
Mathilda Bagnold podeszła do nich z pewnym wahaniem – bez słowa skinęła Aidenowi głową na powitanie, a potem, bardzo zgrabnie omijając Liama wzrokiem, zwróciła się do brata z jakimś nieistotnym pytaniem, które miało tylko odwrócić uwagę od tego, jak mocno była zdenerwowana. Nie potrafiła jednak w pełni ukryć emocji – w szaroniebieskich oczach błyszczały jej łzy, ale była przecież córką Minister Magii i nie mogła pozwolić sobie na płacz w towarzystwie, co chwila mrugała więc nerwowo, a jej jasne rzęsy robiły się od tego coraz bardziej wilgotne. Liam niezbyt dyskretnie przyglądał się jej profilowi, ale nie spojrzała na niego nawet wtedy, gdy Percy poszedł naradzić się z drugim prefektem Ravenclawu. Była bardzo blada i drżały jej wargi. Chciał powiedzieć jej coś pocieszającego, w głębi duszy był w końcu miłym i wrażliwym młodym człowiekiem, ale ledwo otworzył usta, dała mu znak ręką, żeby się zamknął.
Przez całą drogę do Wielkiej Sali nikt nie odezwał się słowem. Hogwart jeszcze nigdy nie wydawał się Liamowi miejscem tak martwym, jak tej właśnie nocy – echo kroków niosło się daleko w głąb słabo oświetlonych korytarzy, a mimo to nie pojawiał się stary Filch ze swoją równie starą kotką, żeby wlepić im szlaban i zapędzić z powrotem do łóżek. Postacie z obrazów jakby wymiotło, większość ram była zupełnie pusta, a Liam czuł się nie na miejscu bardziej niż kiedykolwiek – ta wszechobecna cisza ciążyła mu nieznośnie, z zimna prawie szczękał zębami. Jakby przechadzał się po grobowcu.
W Wielkiej Sali atmosfera była jeszcze bardziej napięta. Puchoni ciasnym pierścieniem otoczyli swoją opiekunkę, domagając się wyjaśnień, okazało się jednak, że profesor Sprout była równie źle poinformowana, co jej podopieczni, więc tylko głaskała ich po główkach i zapewniała gorąco, że wszystko będzie dobrze. Ślizgoni z kolei rozsiedli się z godnością przy stołach, demonstrując swoje niezadowolenie wyniosłymi i znudzonymi do granic możliwości minami, bo przecież zupełnie nie interesowało ich, o co cała ta afera, byli ponad sprawy zwykłych śmiertelników. Murdoch Blackwood, odziany w wielkopański, bogato haftowany szlafrok, lekceważąco bawił się kosmykiem ciemnych włosów Juniper Turpin, która siedziała mu na kolanach i lustrowała otoczenie protekcjonalnym spojrzeniem. Kiedy chwilę później pojawili się Gryfoni na czele z Zachariasem Scrimgeourem, zaczarowane niebo rozbłysło pierwszą, nieśmiałą błyskawicą.
Prefekt Naczelny zostawił swoje stadko wiernych kociąt i podszedł do przyjaciół pewnym, sprężystym krokiem.
– Powiedzieli już coś? – zagadnął rzeczowo, tonem sugerującym, że w razie czego jest gotowy do walki na śmierć i życie o wolność, honor i prawo do bycia dupkiem. Do podkoszulka przypiętą miał błyszczącą odznakę Prefekta Naczelnego, zupełnie jakby w tym zamku był jeszcze ktoś, kto nie wiedział, że to on sprawuje władzę – wyglądał zresztą podejrzanie gładko jak na kogoś, kto został niespodziewanie wyciągnięty z łóżka w środku nocy, Liam wolał jednak nie pytać o powody takiego stanu rzeczy. Wiedza bywała czasem okrutnym brzemieniem.
W odpowiedzi pokręcili tylko przecząco głowami. Zacharias wydawał się nieco zawiedziony, że nie ogłoszono przygotowań do ostatecznego starcia dobra ze złem, ale zacisnął zęby i zniósł to dzielnie.
– Nigdzie nie widzę McGonagall – skomentował, kiedy już rozejrzał się dokładnie ponad głowami uczniów po całej sali.
Liam zmarszczył brwi.
– Nie ma też Flitwicka.
– Ani Dumbledore’a – dodał Aiden, rzucając im znaczące spojrzenie. Bardzo źle to wszystko wyglądało – połowę ciała pedagogicznego, w tym dyrektora i wicedyrektor, nagle gdzieś wcięło, a reszta nauczycieli miała miny, jakby potrzebowali pocieszenia bardziej niż sami uczniowie. Robiło się coraz bardziej nerwowo – narastały gorączkowe szepty, wciąż powtarzano te same pytania: gdzie jest Dumbledore? A Flitwick? Widzicie gdzieś Flitwicka? McGonagall też nie ma! Co to wszystko znaczy?
Tłum zafalował, kiedy w bocznych drzwiach pojawił się wreszcie profesor Flitwick, ale dyrektora i jego zastępcy wciąż nigdzie nie było. Szepty nie cichły, wręcz nasiliły się, kiedy Flitwick stanął na stole nauczycielskim i dało się zauważyć wyraźny, choć bardzo tajemniczy uśmiech na jego ustach.
– Drodzy uczniowie! – zaczął z pompą, rozkładając swoje krótkie ramiona tak szeroko, jakby chciał ich wszystkich naraz uścisnąć. Z miejsca zrobiło się cicho. – Przed momentem otrzymałem iście niezwykłą wiadomość od naszego zacnego dyrektora! Chciałby móc przekazać wam ją osobiście, pewne okoliczności sprawiły jednak, że nie jest to możliwe. Ostatecznie uznaliśmy, że trzymanie was w niewiedzy aż do śniadania byłoby niewybaczalną zbrodnią, zatem cała przyjemność przekazania wam owej wiadomości przypada mnie. Brzmi ona następująco: Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać odszedł!
To, co wydarzyło się potem i jak właściwie doszło do tego, że w jednej chwili wszyscy byli w Wielkiej Sali, a już w następnej opróżniali w łazience prefektów butelki niezidentyfikowanego pochodzenia (i zawartości), na zawsze miało pozostać tajemnicą.
Liam czuł się zupełnie oszołomiony. Niezliczoną ilość razy zastanawiał się, czy przejście przez tajemniczą barierkę między peronami dziewiątym i dziesiątym nie było największym błędem jego życia, czy nie powinien raczej posłuchać ojca i zostać w świecie, w którym się urodził – świecie pozbawionym magii, jedynym słusznym i jedynym prawdziwym, jak to pan Callaghan lubił podkreślać przy każdej możliwej okazji, kiedy jeszcze jego syn był na tyle smarkaty, że interesowało go zdanie człowieka, który niczego w życiu nie osiągnął, a wszelką ambicję uważał za ciężki grzech. Z początku Liam czuł się winny, to prawda, potem już mniej albo wcale, odnalazł bowiem w sobie pokłady obojętności, o jakie nigdy siebie nie podejrzewał, ale dzięki tej nieustającej pogardzie dla jego pochodzenia, jaką inne dzieciaki niestrudzenie ciskały mu w twarz przez te wszystkie lata, gdzieś z tyłu jego głowy wciąż kiełkowała natrętna myśl, że może nie powinno go tu być, że może powinien właśnie ryć chemię i algebrę zamiast eliksirów i numerologii, zdawać egzamin na prawo jazdy a nie z teleportacji, że może w tym cudownym świecie od samego początku nie było dla niego miejsca i byłby szczęśliwszy tam, gdzie wszyscy powtarzali mu, że powinien być. Może.
Ale czy teraz miało to jeszcze jakieś znaczenie?
W takim dniu nic z tego nie miało już znaczenia, szczególnie zaś po trzeciej szklaneczce rumu, którego butelkę trzymali w dormitorium w sprytnie wybebeszonym tomie, a która opróżniona miała zostać, jak ustalili, w celu przyzwoitego opicia wyśmienicie zdanych egzaminów końcowych, ale upadek wyjątkowo uciążliwego czarnoksiężnika to okazja wcale nie gorsza i z pewnością warta poświęcenia, z jakim butelka owa została przeszmuglowana na teren szkoły. Siedzieli więc z tą butelką, już prawie pustą zresztą, na zimnych kafelkach, sącząc kulturalnie drinki i ociekając wodą, bo dopiero co odbył się konkurs skoków do wielkiej wanny o rozmiarach małego basenu. Śpiewano hymn Hogwartu i inne wzniosłe piosenki nie mające za wiele wspólnego z tematami około wojennymi, nie o treść się jednak rozchodziło, ale o formę, która zupełnie nieźle oddawała ogólną wesołość pijanych szczęściem młodych ludzi. Scrimgeour gdzieś im na moment zniknął, ale zaraz wrócił.
– Sam jesteś? – zagadnął go Aiden złośliwie, wyciągając szyję i rozglądając się teatralnie. – Gdzie dama twego serca? Czy ono w ogóle pracuje, kiedy nie ma jej w pobliżu?
Przemawiał przez niego alkohol, brak snu i przeświadczenie, że skoro wojna się skończyła, to bez obaw można pożartować sobie z tej wielkiej, romantycznej miłości, która wszystkim już uszami wychodziła – okazało się jednak, że wojny przychodzą i odchodzą, a brak poczucia humoru Prefekta Naczelnego zostaje. Scrimgeour zjeżył się więc groźnie, słysząc te słowa, i byłby odgryzł Krukonowi rękę, którą ten wyciągnął, żeby wymacać jego serce (gdzieś w okolicach wątroby), gdyby nie to, że od paru dni był jakiś nieswój i apetyt wyraźnie mu nie dopisywał.
– Goń się, Lynch – mruknął tylko, siadając obok rudego.
Liam podsunął mu szklankę z rumem pod sam nos, nie odzywając się słowem. Był o wiele subtelniejszy i lepiej poinformowany niż jego irlandzki towarzysz, wiedział bowiem, że doszło do okrutnego spięcia w tym uciążliwym dla wszystkich związku, który – jak na jego wprawne oko – funkcjonował dotąd tylko dlatego, że Zacharias Scrimgeour przy całym swoim męstwie, autorytecie i szerokich barach był strasznym pantoflarzem i zawsze przyznawał Elli we wszystkim rację. Raz tego nie zrobił i do czego doszło? Dziwne, że nie nastąpił koniec świata.
Gryfon przyjął trunek bez słowa, zmieniając temat, zanim z ust Aidena zdążyła wydobyć się kolejna kąśliwa uwaga.
– Widzieliście? Ślizgoni – powiedział ze wstrętem, wskazując podbródkiem małą grupkę uczniów, którzy poza tym, że wyglądali wytwornie nawet w piżamach, nie wyróżniali się z tłumu niczym szczególnym – zachowywali się zupełnie normalnie, z pewną rezerwą wprawdzie, ale nie było w tym przecież niczego złego, może byli po prostu nieśmiali. Na pewno zdarzają się i tacy w Slytherinie.
– Ja nie widzę – odezwał się Percy nieco już bełkotliwie, patrząc zresztą w zupełnie inną stronę. Miał tak słabą głowę, że od samego patrzenia na alkohol wirowało mu przed oczami.
– O co ci chodzi, stary? – mruknął Liam z pewnym znudzeniem, ignorując rudego, który wciąż usilnie wyciągał szyję, prawie wchodząc mu przy tym na głowę. – To tylko dzieciaki. Daj sobie spokój, przynajmniej dzisiaj. Napij się lepiej.
Scrimgeour napił się, ale spokoju sobie nie dał – z tego świętego oburzenia aż skoczyło mu ciśnienie, co, jak wszyscy wiemy, nie jest szczególnie zdrowe. Pienił się zresztą tylko dlatego, że to rozpraszało jego ponure myśli i skutecznie łagodziło wyrzuty sumienia, bo przecież to, że się z Ellą pokłócili, było wyłącznie jego winą i jej faszystowska natura nie miała z tym nic wspólnego.
– Jest nawet ten mały gad Thurkell – ciągnął niestrudzenie. – I ta larwa Blackwooda. Jeśli gdzieś zobaczę tego sukinsyna to słowo daję, rozkwaszę mu tę jego zadowoloną, krzywą mo...
Percy stuknął końcem różdżki w wielkie okulary, które miał na nosie, próbując najwyraźniej w ten sposób poprawić swój zasięg widzenia, ale nie na wiele się to zdało, zwrócił jedynie na siebie uwagę całej trójki.
– Czyż Merlin nie uczył nas kochać wszystkich bez wyjątku..? – rzucił pouczająco w przestrzeń, prawie wydłubując sobie przy tym oko różdżką. Jako odpowiedzialny młody człowiek Lynch ze zniecierpliwieniem wyrwał mu ją z ręki, zanim  zdążył zrobić sobie jakąś poważną krzywdę.
– Piłeś, nie baw się różdżką, pamiętasz? Sam to wymyśliłeś.
Ale Percy już go nie słyszał. Powieki opadły mu ciężko, z jego wątłej piersi wydobyło się głębokie westchnienie i byłby obił się boleśnie o kafelki, gdyby nie to, że Liam miał znakomity refleks i w ostatniej chwili złapał go za koszulkę, ratując jego rudy łeb przed spotkaniem z zimną i wyjątkowo twardą posadzką. Aiden przetransmutował swoją pustą szklankę w poduszkę i wsunął ją współlokatorowi pod głowę – śmierdziała trochę rumem, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Bagnold zachrapał jakby z wdzięcznością, ale może tylko im się wydawało.
Scrimgeour tymczasem z determinacją wypił resztę swojego trunku i niespodziewanie wstał. Krukoni spojrzeli na niego ze zdziwieniem, przerywając na moment ostry spór o to, jak najlepiej powinni wykorzystać fakt, że Bagnold znowu jako pierwszy zasnął na imprezie.
– A ty dokąd? – zapytali jednocześnie. Istniało uzasadnione podejrzenie, że posiadali wspólny mózg.
Zacharias był bardzo blady. Wyglądał tak, jakby dopiero co przeszedł jakąś wewnętrzną przemianę i odnalazł cel w życiu, co było nieco niepokojące w kontekście tych wszystkich gróźb, jakie dopiero co padły z jego ust pod adresem uczniów dumnie noszących srebrno-zielone barwy. Liam miał nadzieję, że Prefekt Naczelny nie planował jakiejś masowej eksterminacji, to nie był dobry moment na eksterminację kogokolwiek.
W rzeczywistości Zacharias Scrimgeour planował jednak coś o wiele straszniejszego.
– Idę się oświadczyć – oznajmił bezlitośnie.
Na moment zapadła cisza pełna niewypowiedzianej grozy. Aiden spojrzał na Liama, a Liam na niego – mimo całej swojej wiedzy, jaką posiadali razem bądź osobno, żaden z nich nie wiedział, czy w zaistniałej sytuacji należy się śmiać, czy płakać. Mieli nadzieję, że to żart, łudzili się jednak tylko dlatego, że nadzieja zawsze umiera ostatnia – znali Zachariasa zbyt długo, żeby podejrzewać go o coś tak nieprzystającego do jego szlachetnego charakteru jak poczucie humoru.
– Co idziesz zrobić? – zapytał Lynch ostrożnie, jakby zwracał się do kogoś chorego i jednocześnie bardzo niebezpiecznego.
Scrimgeour spojrzał z politowaniem na ich głupie miny.
– Oświadczyć się – powtórzył z wyższością, dając im do zrozumienia, że nie oczekuje od nich, że ich ograniczone umysły będą w stanie to pojąć. Z godnością wyprostował na sobie podkoszulek, przeczesał jasne włosy palcami, a potem raz jeszcze poprawił przypiętą do piersi błyszczącą odznakę Prefekta Naczelnego. Był gotów wykonać ten mały krok dla ludzkości, ale wielki krok dla młodego, zakochanego mężczyzny – a przynajmniej tak mu się w tym momencie wydawało. Jego przyjaciele byli innego zdania, w związku z czym podjęli jeszcze jedną, ostatnią desperacką próbę uratowania mu życia, a jeśli nie życia, to przynajmniej wizerunku. Nie mogli się zdecydować, co będzie gorsze – czy to, że Elladora Howard go przyjmie i zostanie jego żoną, co było trudne do zaakceptowania głównie dla nich, czy może to, że zrani dogłębnie jego miłość własną, odrzucając go na oczach połowy szkoły.
– Ale teraz? – zagadnął więc Liam niewinnie, zupełnie niewinnie, jak to on tylko potrafił. – Chcesz prosić ją o rękę tak bez pierścionka, w podkoszulce i śmierdzący rumem? Naprawdę?
Próbował dać mu subtelnie do zrozumienia, że nie jest to najlepszy moment na tego rodzaju romantyczne deklaracje, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że od kilku dni byli z Ellą skłóceni, ale Zacharias Scrimgeour niewiele wiedział o subtelności i nie zwykł myśleć o możliwych konsekwencjach swoich śmiałych czynów – namawianie go, żeby coś przemyślał, przypominało nawiązanie dyplomatycznych stosunków z urażonym hipogryfem.
– Tak – odparł więc Gryfon krótko i jak powiedział, tak zrobił. Poszedł. Naprawdę zamierzał to zrobić. Ruszył pewnym krokiem przez tłum z dumnie wypiętą piersią, bez strachu, bo żeby się bać, trzeba mieć trochę wyobraźni, a Zacharias Scrimgeour akurat był wyobraźni całkowicie pozbawiony. Nie obejrzał się ani razu, choć musiał czuć na swoich plecach żałosne spojrzenia przyjaciół, którzy spodziewali się nigdy więcej już go nie zobaczyć.
– Powstrzymalibyśmy go, gdybyśmy byli dobrymi przyjaciółmi – westchnął ciężko Aiden, przeciągając się leniwie jak kot. – Howard rozerwie go na strzępy. Patrz, jaką ma minę. Stawiam galeona, że każe mu iść do diabła.
– Gówno wiesz o miłości, Lynch – skwitował Liam tonem znawcy. – Stawiam dziesięć, że przyjmie oświadczyny.
Aiden spojrzał na niego z politowaniem.
– Nie masz dziesięciu galeonów.
– Nie muszę ich mieć – odparł, szczerząc bezwstydnie zęby. – Wygram je od ciebie.
Lynch już otwierał usta, żeby udzielić jakiejś wyjątkowo ciętej riposty, ale wtem ludzie zaczęli klaskać i dalsza licytacja nie miała już sensu. Przez chwilę miał jeszcze nadzieję, że zebrany tłum wyraża w ten sposób swoją aprobatę dla odwagi i siły charakteru kobiety, która obroniła swą niezależność przed aroganckim mężczyzną, odrzucając jego niepoważne oświadczyny poprzez wrzucenie go do basenu, ale nie ­– kiedy tylko wstali i rozejrzeli się ponad głowami innych uczniów, stało się jasne, że nikt nikogo nie próbował utopić. Chyba, że w ślinie.
– Jesteśmy udupieni na dobre – stwierdził fatalistycznie Aiden, odwracając się plecami do sceny, która budziła w nim taki wstręt. – Idziemy pogratulować temu kretynowi najgorszej decyzji w życiu?
Liam patrzył jednak w zupełnie innym kierunku.
– Zaraz – odparł wymijająco. – Daj mi dwie minuty.
Ale Lynch nie dał zbyć się tak łatwo. Złapał go za rękaw swetra i podążył za jego wzrokiem, a kiedy namierzył cel i zidentyfikował go jako Juniper Turpin, skrzywił się tak okrutnie, jakby dopiero co zjadł garść fasolek o wyjątkowo obrzydliwym smaku.
– Chyba żartujesz, stary – powiedział grobowym tonem.
– Tylko ją przeproszę – wyjaśnił Liam pospiesznie, czując się tak, jakby zamierzał popełnić jakąś straszną zbrodnię. – Dwie minuty.
Był w końcu kulturalnym młodym człowiekiem, czy nie tak? Mógł sobie uważać, że skoro dziewczyny mogą grać w quidditcha, to mogą też spadać z mioteł, to wojny kraj, ale korona mu z głowy nie spadnie, jeśli przeprosi, nawet jeśli nie czuł się szczególnie winny – może nawet zapyta uprzejmie, czy z ręką już wszystko w porządku, dobre maniery zawsze są w cenie. W końcu tak właśnie by zrobił, gdyby chodziło o kogokolwiek innego. Czuł zresztą, że w dniu takim jak ten nie było rzeczy niemożliwych, nie dla niego. Raz wiedźmie stos! Co niby mogło pójść źle?
Okazało się, że wiele. Nie potrzebował całych dwóch minut – wystarczyło mu pięćdziesiąt sześć sekund, z zegarkiem w ręku, żeby dostać od Juniper Turpin w twarz.



1 września 2013



Menu:
Armegeddon was yesterday - today we have a serious problem.

Archiwum:
Prolog. 01. 02. 03. 04. 05. 06. 07....

Koledzy:
little fool broken glass bez sarkazmu niekompletnie the xy the moon obliviate it never ends well odwet

Szablon:
Szablon autorski. Od lewej: Liam Callaghan, Zacharias Scrimgeour (z Ellą na głowie!), Percival Bagnold i Aiden Lynch (patriota). Html wykonała Lyśka.
Opera 1280x1024.